Zakazana miłość
Dziadek Nissim urodził się w starej rodzinie, której korzenie zapuszczono w Tyberiadzie jeszcze w czasach Starego Jiszuwu, gdzieś w XVIII wieku. Skąd przybyli wcześniej - nikt tak naprawdę nie wiedział. Ich rodowód unosił się przez stulecia niczym półzapomniana opowieść - zbyt dawny, by go prześledzić, zbyt bliski, by go kwestionować.
W tamtych czasach Ziemia Izraela znajdowała się pod panowaniem Imperium Osmańskiego, a wielu Żydów było potomkami wygnańców z Hiszpanii, rozsianych niczym ziarna po Afryce Północnej i dalej. Niektórzy przybyli z Maroka. Lecz przyznanie się do marokańskich korzeni nie przemawiało do rodziny dziadka.
„Nie, nie, jesteśmy potomkami wygnańców z Hiszpanii” - powtarzali z teatralną pewnością. Brzmiało to po prostu lepiej. Bardziej szlachetnie. Bardziej romantycznie. Bardziej… egzotycznie.
Babcia Roza pochodziła z Urmii - kurdyjskiego regionu położonego w surowym trójkącie granicznym między Iranem, Turcją a Azerbejdżanem. Jednak podobnie jak rodzina dziadka, która wypierała się swojej marokańskiej przeszłości, rodzina babci stanowczo dystansowała się od jakiejkolwiek kurdyjskiej tożsamości.
„Jesteśmy Nasz Didan” - mówili każdemu, kto pytał. Jak Abraham, nasz praojciec. Posługiwali się językiem liszan didan - dialektem starożytnego aramejskiego, biblijnego języka, który współkształtował zarówno hebrajski, jak i arabski. Ich słowa niosły rytm Pisma i szept wygnania.
Mówiono, że Żydzi z Urmii byli potomkami wygnańców z czasów Pierwszej Świątyni. Przez pokolenia kurczowo trzymali się swojej wiary, usiłując powstrzymać asymilację. Dziewczynki często wydawano za mąż w wieku dwunastu lat - czasem nawet wcześniej. Nie uczono ich czytać ani pisać; zamiast tego zapamiętywały wersety i modlitwy. Zamiast odmawiać błogosławieństwo po posiłku, całowały obrus. W takiej rzeczywistości urodziła się i dorastała babcia Roza.
Artykuł opublikowany w 1903 roku w gazecie HaMelitz opisywał życie w Urmii i kobiety strzegące swojej czystości i skromności. Jeśli żydowska dziewczyna „zawędrowała w objęcia chrześcijańskiego mężczyzny”, cała społeczność podnosiła się jak jeden mąż, wypędzała ją, a ona musiała przejść na inną wiarę. Zero tolerancji dla asymilacji w jakiejkolwiek formie. To prawo, ten lęk, głęboko wyryły się w świadomości mojej babci. Nawet po dziesięcioleciach, po latach i granicach, po wojnach, dzieciach i migracjach, ów dawny szept wciąż kierował jej myślami i kształtował jej obawy - głos z Urmii podpowiadający, jak chronić córki. Nawet gdy zdawał się zapomniany, był obecny - wewnętrzny głos wspólnoty, prowadzący jej decyzje wychowawcze.
Rodzina babci odbyła długą i niebezpieczną podróż z Urmii do Ziemi Izraela (zwanej wówczas Palestyną) przez Aleppo w Syrii, osiedlając się w Tyberiadzie. Tam dziadek i babcia pobrali się. Zamieszkali w pobliżu Starego Miasta, niedaleko Jeziora Galilejskiego.
W latach dwudziestych Tyberiada była niewielkim, lecz tętniącym życiem splotem kamiennych zaułków, nawoływań targowych i zapachu świeżו złowionych ryb. Dziadek żył według stałego rytmu - od starej synagogi, przez starożytny żydowski cmentarz, gdzie spoczywały pokolenia jego rodziny, po gwarne stragany, na których kupował warzywa i ryby do domu. Był człowiekiem wiary, prostoty i rutyny.
Babcia natomiast zarządzała swoim światem w skromnych murach domu. Większość młodych lat spędziła niemal nieustannie w ciąży, opiekując się dziećmi i prowadząc gospodarstwo. Ich życie płynęło w cichej prostocie, w stałym rytmie wiary, rodziny i miasta poruszającego się powoli nad lśniącymi wodami Jeziora Galilejskiego.
Gdyby dostrzegli choćby cień przyszłości - przestrogę, że przeprowadzka do Hajfy stanie się zalążkiem największej rodzinnej tajemnicy - być może wybraliby pozostanie w Tyberiadzie na zawsze.
Nawet po przeprowadzce do Hajfy prowadzili skromne życie w małym mieszkaniu w dolnym mieście, niedaleko Wadi Nisnas - barwnej, historycznej dzielnicy znanej z mieszanki żydowskich i arabskich mieszkańców, z kolorowych murali, tradycyjnej architektury i corocznego święta „Chag ha-Chagim”, łączącego Chanukę, Boże Narodzenie i Id al-Fitr.
Dziadek pracował jako tragarz w spółce autobusowej Egged, w czasach gdy walizki umieszczano na dachach niewielkich autobusów - ciężkie, skórzane kufry z uchwytami, bez kółek, jak dziś. Wnosił je na dach autobusu kursującego na trasie Hajfa-Tel Awiw, wiązał liną, a w דeszczowe dni przykrywał plandeką. Między kursami dorabiał jako muzyk, grając na oudzie - starożytnym instrumencie strunowym z drewna. Występował na weselach, bar micwach i rodzinnych uroczystościach.
Babcia, również po przeprowadzce, pozostała oddaną gospodynią domową. Mimo skromnych warunków, rodzinne opowieści podkreślają, że dzieciom nigdy niczego nie brakowało. Przyjaciele dziadka wspominali go jako „dobrego człowieka” - wracającego z targu, ugiętego pod ciężarem koszy pełnych świeżych warzyw, mięsa, ryb i lokalnych produktów, zawsze z uśmiechem na twarzy.
Wychowali dziesięcioro dzieci - pięciu synów i pięć córek. Dom tętnił życiem, rozbrzmiewał śmiechem, płaczem i tupotem biegnących po korytarzu stóp.
Ponieważ babcia przez wiele lat była w ciąży, różnice wieku między dziećmi były niewielkie, a odpowiedzialność spadała na starsze córki. Cała rodzina dorastała, polegając na sobie nawzajem, z ogromnym ciężarem obowiązków spoczywającym na młodych barkach.
Viki, najstarsza, wychowywała Rachel i Akiwę. Ahuva wychowywała Shulę. Rachel wychowywała Geulę. A wszystkie razem „wychowywały” Da-Bioz - matkę Rozy.
Lata po jej śmierci ciotki i wujowie wspominali, że Da-Bioz była kobietą okrutną i egoistyczną. W czasach, gdy w każdym salonie wisiał obraz „Płaczące dziecko”, w domu dziadka mieszkała prawdziwa wiedźma - z gałgankową lalką w dłoni, zatruwająca wszystkim życie.
Zanim zamieszkała z dziadkiem i babcią, Da-Bioz żyła w dzielnicy Hadar. Jej prawdziwe imię brzmiało Estera, lecz w rejonie Urmii słowo „Da” oznacza „córkę”. Bayoz było zapewne imieniem jej matki - Estera, córka Bayoz. Wnuki opowiadały, że nigdy nie wpuszczała nikogo do swojego domu. Gdy ktoś pukał, zaglądała przez wąską szczelinę i pytała: „Czego chcesz?”, po czym zatrzaskiwała drzwi, zostawiając dzieci na zewnątrz. Okrutna kobieta.
Dom Nissima i Rozy był zupełnym przeciwieństwem - zawsze otwarty. Każdy mógł przyйти bez zaproszenia, zjeść i napić się wedle potrzeby.
Spośród dziesięciorga rodzeństwa jedno imię nigdy nie było wypowiadane głośno - jedynie szeptane i wspominane niczym zapach, który nie chce się ulotnić: Rachel. Siostra, która zniknęła.
Oficjalna wersja, powtarzana latami jak zaklęcie, głosiła, że Rachel zmarła na chorobę. Każda ciotka, każdy wuj potakiwał, przyjmując tę historię jak coś wyrytego w kamieniu. My, wnuki, dorastaliśmy, wierząc w nią. A jednak nawet jako dziecko czułem, że coś się nie zgadza. Cisza była zbyt głęboka. Zbyt wyćwiczona.
Nie było fotografii. Nie było grobu. Nie było świecy jorcajt. Nie było daty urodzenia. Nie było daty śmierci. Szesnastoletnia dziewczyna, która zniknęła bez śladu - to po prostu nie miało sensu. A jednak coś w tej historii zawsze zgrzytało. Może była to dziwna cisza zapadająca za każdym razem, gdy padało imię Rachel, a może wymijające spojrzenia pozostałej dziewiątki rodzeństwa, gdy temat wypływał na powierzchnię.
Już jako dociekliwy jedenastolatek dostrzegłem pierwsze pęknięcie w łańcuchu milczenia. Z półsłówek i urwanych odpowiedzi ułożyłem inny obraz: Rachel prawdopodobnie nie umarła. Nawet po latach wciąż nie znałem prawdy. W końcu, z poszarpanych zdań i splątanych informacji, zdołałem wydobyć od ojca inną wersję: uciekła. Uciekła z Fuadem - miłością swojego życia, młodym Arabem z sąsiedniej rodziny.
Zakazana miłość.
W oczach dziadka była to wielka katastrofa, piętno hańby na całej rodzinie. Chciał ukryć to za wszelką cenę. Rodzinę spowiła mgła wstydu, a milczenie trwało przez dekady.
Fuad - mówiono - był młodzieńcem o uderzającej urodzie: wysoki, dobrze zbudowany, o lekko opalonej skórze i włosach czarnych jak skrzydło kruka. Był nieśmiały, lecz ta nieśmiałość nie przeszkadzała mu w zdobywaniu serc dziewcząt z okolicy. Właśnie ona czyniła go jednym z najbardziej pożądanych młodych mężczyzn.
Ani żydowskie, ani arabskie dziewczęta nie pozostawały obojętne na jego obecność. Mówiono, że za jego milczeniem kryje się odważne serce. Umiał adorować bez wielkich słów - wystarczało spojrzenie, gest, krótki uśmiech, by topniały serca. Rachel, sama niezwykle piękna, zdobyła jego serce - a on zdobył jej.
Fuad był mniej więcej w jej wieku, lecz jego postać wyryła się w rodzinnej pamięci. Ciotka Geula po latach opisywała go jako przystojnego, o niebieskich oczach i silnej sylwetce, dodając z półuśmiechem: „nawet nie wyglądał jak Arab”. Geula nigdy nie owijała w bawełnę. Mówiła to, co myślała, bez politycznej poprawności. Jej słowa były ostre, bez filtra. Dziś mogłoby to zabrzmieć surowo, lecz nie była rasistką - była bezpośrednia do bólu. Kogo kochała, ten to czuł. Kogo nie znosiła - również.
Między Rachel a Fuadem zapłonęła niebezpieczna miłość - ukryta, spleciona z szeptów i potajemnych spotkań. Niektórzy z rodziny mogli coś przeczuwać, lecz wybierali wyparcie. Sama myśl, że córka pobożnego Nissima mogłaby związać się z muzułmańskim chłopcem, była bluźnierstwem. Pomysł zdawał się nierzeczywisty, balansujący między jawą a fantazją. Wszyscy woleli milczeć, jakby wypowiedzenie sekretu uczyniło go prawdziwym.
A romans trwał - i nabierał siły.
Były to czasy, gdy w Hajfie wszyscy się znali. Żydzi i Arabowie żyli obok siebie, odnosząc się do siebie z szacunkiem. Babcia znała Umm-Fuad - matkę Fuada. Rodzina Fuada przybyła w 1946 roku z Algierii. Do Palestyny dotarli przez Syrię, drogą wydeptaną przez historię. Fuad i jego ojciec szybko znaleźli pracę w Railways Palestine - brytyjskiej spółce kolejowej, której pociągi dudniły przez ulice i port Hajfy, niosąc marzenia i przeznaczenia po stalowych torach.
Ahuva wspominała dzień, w którym poszła z babcią do domu Umm-Fuad, by prosić ją o interwencję. Rachel ukrywała się w jednym z pokoi i słyszała całą rozmowę. Umm-Fuad była dumną muzułmanką i nigdy nie stawała przeciw własnym dzieciom. Sortowała soczewicę z zawziętą determinacją, nie podnosząc wzroku na babcię. Udawała, że nie rozumie problemu - jakby zdobycie serca żydowskiej dziewczyny przez jej syna było powodem do dumy, nie do wstydu.
Tego dnia nie było inaczej. W pełni wspierała Fuada. Gdy babcia Roza wyraziła swoje obawy, spotkała się z wyraźną niecierpliwością. Umm-Fuad ani na chwilę nie przerwała gotowania - tak jak dla mojej babci, kuchnia była centrum jej świata. Z widocznym napięciem przesypywała soczewicę, jej dłonie poruszały się precyzyjne, a spojrzenie uciekało w dół, unikając kontaktu wzrokowego. Słuchała, a jednocześnie sprawiała wrażenie, jakby zupełnie nie pojmowała, o co cały ten hałas.
Każdy jej ruch wyrażał siłę, determinację i pewność siebie - mur nie do przebicia. Było jasne, że nie zgodzi się na rozdzielenie Fuada i Rachel. To, co dla babci było nadciągającym koszmarem - romansem mogącym zhańbić rodzinę i ośmieszyć dziadka w oczach wspólnoty - dla Umm-Fuad było źródłem dumy. Jej syn, jej książę, zdobył serce żydowskiej dziewczyny.
Babcia Roza wyszła stamtąd z ciężkim sercem, sfrustrowana i samotna. W kolejnych dniach zrozumiała, że musi zebrać w sobie odwagę i zrobić coś, zanim będzie za późno. Viki, jej najstarsza córka, wyczuła, że matkę coś trapi. Błagała ją, by się zwierzyła, lecz babcia milczała. Ze łzami w oczach, zduszonym głosem powtarzała: „Wszystko w porządku, habibti”.
W 1948 roku, tuż przed narodzinami Państwa Izrael z ognia i krwi wojny o niepodległość, Rachel zniknęła. Mój ojciec miał wtedy trzy lata - nic nie pamięta. Lecz jego siostra Ahuva zapamiętała tamte dni wyraźnie. Po latach, gdy w izraelskich wiadomościach Kanału 12 ukazał się artykuł o zaginięciu Rachel, Ahuva powiedziała:
„Podczas zamieszek i walk cała rodzina uciekła do Tel Awiwu. Tam Rachel zniknęła. Byliśmy dziećmi - nie było kogo zapytać. Policja jeszcze nie funkcjonowała, wszystko było w chaosie. Mama wysłała mnie autobusem do Beer Szewy, do ogromnego obozu dla imigrantów. Chodziłam od namiotu do namiotu z jej zdjęciem. Nikt jej nie znał. Nikt nie mógł pomóc”.
„Życie całkowicie się zmieniło. Mama codziennie płakała. Stała przy oknie, gotowała i płakała. Wyglądała na ulicę, a gdy tylko zobaczyła kogoś zbliżającego się do domu, ocierała łzy i wycierała twarz”.
Lata mijały. Rachel pozostawała tajemnicą - cieniem, plotką, niedopowiedzianym szeptem. Jej imię pojawiało się rzadko, zwykle dopiero po śmierci dziadka i babci. Może po to, by ich nie ranić. A może dlatego, że łatwiej było zostawić zagadkę pogrzebaną głęboko w rodzinnej pamięci. Czy żyła? Czy umarła? Była w Libanie? W Syrii? Nikt nie znał odpowiedzi. Pytanie jednak trwało - ciche, uparte - nawet jeśli nikt nie wypowiadał go na głos.
Przez niemal dziesięć lat Ahuva siadała nocami i pisała do Rachel listy. Pisała, choć wiedziała, że nie ma adresu. Nie ma drogi. Nie ma miejsca, dokąd mogłaby je wysłać. W tych listach opowiadała o smutku rodziców, o rozmowach z babcią Rozą, o nowo powstałym państwie, o rodzeństwie - kto się ożenił, kto urodził dziecko. Zadawała też wiele pytań. Wiedziała, że listy nigdy do niej nie dotrą, a może nawet nigdy nie opuszczą szuflady. A jednak w ten sposób utrzymywała siostrę przy sobie, odmawiając rezygnacji z nadziei.
Ronit, córka Ahuvy, próbowała po latach odtworzyć te listy - przynajmniej częściowo.
„Rachel, moja droga, dawno do ciebie nie pisałam, bo jestem bardzo zajęta i opiekuję się mamą. Denerwuje mnie, że nie odpowiadasz i że muszę sama zajmować się domem. Viki jest ze swoją rodziną i zmaga się z Albertem. Shula i Geula są jeszcze młode i wymagają opieki, nawet Amnon i mały Chaim ledwie cię pamiętają. Mordechaj ma już własną rodzinę, Akiwa i Moni są samodzielni. Nie mówią o tobie - jakbyś nigdy nie istniała. Nikt nie wspomina twojego imienia przy mamie i tacie.
Docierają do nas wieści od ludzi, którzy twierdzą, że cię widzieli albo o tobie słyszeli. Plotki zwykle trafiają do Viki - nie wiem jak, może przez Alberta. Tak jak ja, rozpaczliwie chce cię odnaleźć, zrozumieć, co się stało. Nie okazuje bólu - śmieje się, tańczy, żeby rozweselić rodziców. Ale w środku płonie. Kiedy Viki słyszy nową plotkę, mama każe nam iść cię szukać - bez względu na to, gdzie to jest.
W zeszłym tygodniu weszłam do kuchni i zobaczyłam mamę stojącą przy kuchence. Gotowała zupę z fasoli i po raz pierwszy od dawna uśmiechała się do siebie. Powiedziała, że ktoś widział cię w obozie imigrantów przy wjeździe do Beer Szewy - podobno siedziałaś wśród kobiet i prałaś ubrania. Nie mogłam odmówić. W jej oczach pojawiła się iskra nadziei. Może tym razem to nie była tylko plotka.
Następnego dnia wsiadłam do autobusu do Beer Szewy. Żołądek ścisnął mi się na myśl, że mogę cię zobaczyć. Autobus był zatłoczony, duszny, pachniał potem i kurzem. Dotarłam na miejsce po południu. Wszędzie namioty. Słońce paliło bezlitośnie - ani skrawka cienia. Wokół tylko piasek i kurz. Mnóstwo ludzi. Dziesiątki chudych dzieci biegało w długich ubraniach, jakby lato już minęło. Słyszałam języki, których nie rozumiałam. Tylko nieliczni mówili po hebrajsku.
Chodziłam między namiotami, pokazywałam twoje jedyne zdjęcie, które zostało w domu, pytałam, czy ktoś cię widział. Godziny mijały. Gdy zapadł zmrok, zrozumiałam, że od rana nic nie jadłam ani nie piłam. Ale nie chciałam się poddać. Musiałam wrócić do Hajfy z dobrą wiadomością dla mamy. Gdy noc zapadła na dobre, ogarnął mnie strach. Co ja zrobiłam? Gdzie się znalazłam? Nie było jak wrócić do domu. Jak mama mogła o tym nie pomyśleć? Jak mogła pozwolić mi jechać samej? Jak ja mogłam się zgodzić?
Nie uwierzysz - spotkałam tam egipskiego przyjaciela taty. Był zdziwiony, że widzi mnie w Beer Szewie, jeszcze bardziej, że jestem sama. Jego żona dała mi kolację i przenocowałam w ich namiocie. Następnego dnia, wracając do Hajfy, bałam się, jak powiem rodzicom, że cię nie znalazłam. Czułam winę. I czułam gniew. Nie na mamę - na siebie. Że nie przyniosłam im nadziei. W głębi duszy chciałam cię odnaleźć także po to, by zasłużyć na ich dumę. Jestem środkowym dzieckiem, twoją młodszą siostrą. Byłyśmy sobie bliskie, a jednak tak różne. Co mam ci powiedzieć, Rachel? Narobiłaś nam wielkiego bólu”.
W połowie lat pięćdziesiątych Ahuva zrozumiała, że dalsze pisanie nie ma już sensu. Rachel odeszła - prawdopodobnie na zawsze. Jednak Ronit, córka Ahuvy, postanowiła nie pozwolić, by listy rozpłynęły się w zapomnieniu. Zamierzała odtworzyć je wszystkie - słowo po słowie, z pamięci, z ciszy, z tego, co pozostało między zdaniami - i zebrać w książkę. Bo czasem to, czego nie da się wysłać, trzeba ocalić.